Ewa Fonfara: Piastoludki cz. 14

Kiciumordka

Nigdy wcześniej nie widziałam tak przestraszonych Piastoludków.
– O Kiciumordce nikt dawno nie słyszał! – zawołała Zuzka.
– Ciiii! Cicho! Cicho! Nie wymawiaj głośno tego imienia! – krzyknął Kociołek.
– Właśnie – powiedziała Ula – To niebezpieczne.
– Dobrze, nie kłóćcie się, proszę. Wytłumaczcie mi o co w tym chodzi. Kto albo co to jest Kiciu…. – pomyślałam, że nie powinnam jednak wymawiać głośno imienia tajemniczego stworzenia – Co to jest ten straszny stwór?
Zuza i Kociołek obrzucili mnie znaczącym spojrzeniem, które wyraźnie dawało mi do zrozumienia, że TO powinnam wiedzieć. Po raz kolejny poczułam się jak niedouczony człowieczek.
Niestety, nie patrzcie tak na mnie, nie wiem, nie znam i nigdy nawet nie słyszałam o takim stworzeniu.
– Widzisz – powiedział Kociołek – K….. to najbardziej straszne, najbardziej ponure i najbardziej złośliwe stworzenie w tym mieście. I chociaż nikt go jeszcze nie widział na własne oczy to jednak my, Piastoludki, jesteśmy pewne, że ono istnieje.
– Po raz pierwszy pojawiło się jakieś dwieście lat temu i narobiło niezłego zamieszania – wtrąciła Zuzka.
– Ale udało się je wtedy uspokoić – zawołała nagle Ula – Czekajcie, jest sposób na K…!
– Jaki? – Piastoludki krzyknęły, spoglądając na nią ze zdziwieniem.
– Przecież mamy Wielką Księgę Miasta!
Nagle zrozumiałam, co miała na myśli i podchwyciłam pomysł.
– Właśnie! Tam wszystko jest opisane. I to, co stało się dawno temu temu i to, w jaki sposób Piastoludki uratowały miasto!
– I pokonały Kiciumordkę – krzyknął Kociołek – Oczywiście! Zuzka, jedziemy po Księgę!
– Nie tak szybko – Ula położyła palec na usta – ciiii…. Nie możemy tak głośno mówić, pamiętacie? Kiciumordka słuch ma wyostrzony jak u sowy, a w nocy widzi jak kot. Jeśli zacznie coś podejrzewać natychmiast ukryje się w takim miejscu, do którego nie uda nam się dotrzeć. Ba, nawet nie przyjdzie nam do głowy, gdzie to jest.
– Masz rację – Zuzka pokiwała głową tak energicznie, że warkoczem zrzuciła z półki stające tam zimowe botki. Ula pogroziła jej palcem i poprawiła wystawę mówiąc:
– Musimy przede wszystkim zachować spokój. Jak na razie zachowujemy się jak rozwydrzone wiewiórki, które nagle zimą znalazły orzechy pod kasztanem.
– A więc…? – spytałam – Co proponujesz?
– Zejdziemy do podziemi, tam możemy spokojnie rozmawiać.

To mówiąc Ula zdjęła z półki czerwony bucik, a wtedy stało się coś dziwnego. Ściana skrzypnęła, zazgrzytała i naszym oczom ukazał się chłonący chłodem otwór prowadzący do pogrążonej w ciemnościach piwnicy. Zuzka wyciągnęła z kombinezonu latarkę.
– Idziemy!
– Chwileczkę, kto przypilnuje sklepu? – szepnął Kociołek.
– Jak to, kto? Pusia! – odpowiedziałam – Nawet ja się domyśliłam, że to Pusia sprzedaje buty i tak naprawdę nie wiadomo do kogo należy ten sklep.
– Hmmm, a ludzie myślą, że tu wszystko tak normalnie wygląda – Kociołek pokręcił głową – A więc chodźmy!
Powoli stąpaliśmy po stromych, oślizgłych schodach. Z sufitu zwisały ogromne pajęczyny na których czatowały olbrzymie pająki. Łatwo było owinąć wokół siebie tę pajęczą sieć, więc na koniec wszyscy wyglądaliśmy jak gąsienice w kokonach. Cel został jednak osiągnięty. Piwnica, ukryta głęboko pod ziemią na pewno doskonale wygłuszała wszystkie dźwięki. Kiciumordka nie miała żadnych szans, aby nas podsłuchać. Ku memu zdziwieniu Ula włączyła ukryte w suficie lampy. Zrobiło się jasno, a wszystkie pająki ukryły się w najbardziej odległych zakamarkach piwnicy.
– Tutaj możemy omówić nasz plan działania – Zuzka spojrzała na nas badawczo – pytanie tylko, czy nie boicie się stanąć oko w oko z tak strasznym wrogiem?
– No wiesz co? – Kociołek zdenerwował się nie na żarty – jak możesz o to pytać. Zeszliśmy tutaj dobrowolnie, a to już jest dowód niezwykłej odwagi patrząc na te ciemne ściany i pajęczyny. Wiesz co Ula, mogłabyś to trochę posprzątać.
– Pająki to moi przyjaciele – Ula spojrzała rozgniewana na Piastoludka, który starał się zerwać z kubraczka ostatnie pasma pajęczych sieci.
– No dobrze, dobrze, nie po to tu przyszliśmy – zawołałam – Jaki jest plan? I skąd w ogóle wzięło się to straszydło?
Kiciumordka – tak się nazywa, ale nikt go nigdy nie widział. Wiadomo tylko, że od zawsze było w tym mieście, a psoty jego to nie nasze, piastoludkowe żarty, tylko szkody czynione specjalnie tak, aby nas stąd wypędzić. Już raz się dała we znaki mieszkańcom. Jakieś dwieście lat temu.
– Mówiłeś, że było od samego początku – wtrąciłam.
Raczej chciało być, ale mu się to nie udało i dlatego wciąż nas prześladuje. Znasz w ogóle początki naszego miasta? Jak powstało i dlaczego właśnie tutaj? – Zuzka rzuciła na mnie spojrzenie spod jasnej grzywki. Spojrzenie, które wyraźnie mówiło: „na pewno nie wiesz, bo czego można spodziewać się po człowieku?”
– Znam, znam – kiwnęłam twierdząco głową.
– To opowiedz. Tym razem my posłuchamy.
Piastoludki spojrzały na mnie z oczekiwaniem.
– A więc… – zaczęłam snuć opowieść najlepiej jak potrafiłam:
Dawno, dawno temu, kiedy te ziemie były porośnięte wielką i zieloną puszczą, w dalekiej krainie mieszkał książę ze swoimi trzema synami. Książę miał na imię Dobromir i rządził rozległym królestwem położonym nad rzeką. Była to największa rzeka, jaką kiedykolwiek ludzie widzieli, a nazywała się Wisła. Książę Dobromir miał trzech synów: Rybacza, Małka i Rataja. Gdy osiągnęli już wiek dorosły wszyscy trzej okazali się być odważnymi w boju wojami, mądrymi w radzie i samodzielnymi w podejmowanych decyzjach. Nadszedł więc czas, aby każdy z nich pomyślał o założeniu własnego grodu, w którym mógłby samodzielnie rządzić i gromadki dzieci się dochować.
Pewnego dnia stanęli wszyscy trzej bracia przed obliczem ojca i powiedzieli:
– Drogi Ojcze! Jesteśmy już do rządzenia przygotowani, nie chcemy jednak z twojego skarbca korzystać. Postanowiliśmy więc, że wyruszymy przed siebie, aby znaleźć odpowiednie miejsce do założenia własnego grodziska.
– Drodzy synowie, sam dobrze widzę, że nadszedł czas rozstania. Ja wyprawię was z mojego grodu bogato, przydam wam służbę, konie i wszelakie bogactwa. A wy wyruszycie przed siebie aż do miejsca, w którym osiądziecie i założycie własne grody.
– Dobrze Ojcze – odpowiedzieli posłusznie synowie – wyruszymy w drogę zaraz następnego dnia.
I tak trzej bracia pojechali w nieznane. Daleka to była droga. Przedzierali się przez bezkresną puszczę nie widząc nic oprócz dzikiego zwierza. Dawno już zapomnieli, jak pięknie wygląda ich rodzinny gród, jak wyglądają wioski i szczęśliwi ludzie w nich mieszkający. Przed nimi tylko drzewa i drzewa. Puszczy nie było końca. Jednakże pewnego dnia zieleń drzew ustąpiła, a przed ich oczami roztoczył się niespotykany widok. Było to miasto otoczone murami, położone nad rzeką. Do grodu można było wejść tylko przez strzeżone bramy, a nad wszystkim górował zbudowany na wzgórzu zamek. Wszystko to bardzo przypominało ich rodzinne grodzisko. Od razu też poczuli się jak u siebie, otoczenie uśmiechniętymi i przyjaznymi ludźmi.
Wkrótce dowiedzieli się, że miasto nosi nazwę Racibórz, a rzeka to Odra. Z rozmów z ludźmi wynikało, że rzeką tą można w kierunku innych, nieznanych jeszcze krain popłynąć. Tak więc, gnani ciekawością, postanowili kupić łodzie i w dalszą podróż popłynąć rzeką.
Płynęli długo podziwiając niezdobyte jeszcze przez nikogo brzegi Odry porośnięte gęstymi krzakami i drzewami, których zwisające gałęzie dotykały tafli wody, a z drugiej strony wierzchołkami muskały niebo.
– Bogata to jest kraina – powiedział Rybacz bacznie obserwując przepływające obok łodzi ryby – I dobrze by było gdzieś tu nad rzeką grodzisko swoje założyć.
– Prawda to – pokiwali głowami pozostali – Jeszcze tylko dobre miejsce trzeba nam znaleźć.
Tak rozmawiając, płynęli dalej i dalej, jednak dogodnego miejsca, które by im trzem odpowiadało nie było widać. Aż nagle, pewnego dnia, gdy słońce już swymi promieniami dotykać zaczęło ziemi ze zdziwieniem zobaczyli wysoki, piaszczysty brzeg wznoszący się nad rzeką. Był to niespotykany widok wśród tych równin, dlatego też wszyscy trzej chórem krzyknęli:
– Zostańmy na noc w tym miejscu, a rano zobaczymy, czy nie można by tutaj grodu założyć!
Jak postanowili tak zrobili.
Następnego dnia po przebudzeniu każdy z braci zajął się sprawdzaniem, czy miejsce na gród się nadaje. Po chwili spotkali się znowu przy łodziach i powiedzieli:
– W wodach tej rzeki ryb jest pełno, więc ja i moi ludzie tu zostajemy. Gród swój tutaj zakładam! – powiedział Rybacz.
– Nam również się tutaj podoba, zostajemy! – powiedział Rataj.
– Wysoki brzeg bronić nas będzie od rzeki, a podmokłe łąki i bagniska od strony puszczy, ja również zostaję – powiedział Małek.
Każdy z nich swoje siedlisko zbudował, a w środku pomiędzy nimi powstał gród, któremu nadano nazwę Brzeg, bo nad brzegiem rzeki został założony. A w herbie miasta znalazły się trzy kotwice, bo trzej bracia miasto zakładali, połączone jednym wspólnym okręgiem, bo razem dali początek jednemu miastu.
– I gdzie tu miejsce na Kiciumordkę? – spytałam.
– No to posłuchaj: kiedy bracia zaczęli budowę grodu okazało się, że w tym miejscu mieszka już pewien złośliwy stwór. Ukazał się braciom wyskakując nagle zza drzew. I powiedział: te tereny, łąki i lasy należą do mnie i jeśli chcecie tutaj zamieszkać musicie mi płacić za ich użytkowanie, a i najważniejsze: w herbie miasta będą cztery kotwice, a nie trzy. I ja będę na równi z wami założycielem miasta. Bracia oczywiście się nie zgodzili i przegonili złośliwca daleko w las. On jednak potajemnie wrócił, zamieszkał gdzieś w mieście i spędzał ludziom sen z powiek poprzez swoje liczne wybryki. I tak to właśnie wygląda.
Zuzka i Ula pokiwały smutno głowami na znak, że tak właśnie było.
– Teraz trzeba nam pomyśleć, jak odebrać Kapelusz Fryderyka, a śpieszyć się musimy, bo już dochodzi szósta. Do północy niewiele czasu zostało.
– W takim razie idziemy po Wielką Księgę! – to mówiąc skierowałam kroki na schodki.
– Czekaj – krzyknęła Zuzka – Idziemy podziemiami. Będzie szybciej i nie będziemy dla nikogo widoczni.

Rozejrzałam się uważnie dookoła, ale nie zauważyłam żadnych drzwi.
Jednak Ula wyciągnęła rękę mocno naciskając jedną z czerwonych cegieł. Ściana rozsunęła się i ukazał się pogrążony w ciemnościach korytarz.
– Nie bój się – krzyknęła Zuzka wchodząc w ciemną otchłań – znam drogę na pamięć, nie pierwszy raz tędy idę!
Ruszyliśmy więc za nią. Kociołek, Ula i na końcu ja, bojąc się tego, co czekało nas w lochach.

cdn…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.