Ewa Fonfara: Piastoludki cz. 4

Młynarska czy Garbarska?

Nie wiedzieć kiedy znalazłam się obok kamieniczek na rynku. Wszystko wyglądałoby jak zwyczajny spacer po mieście, gdyby nagłe pociągnięcie za ucho nie przypomniało mi, że na moich ramionach siedzą dwa dziwne stworki. Zaś nagłe uderzenie w nos – że Piastoludki nadal się kłócą i machając kijkami starają się dosięgnąć przeciwnika po drugiej stronie mojej głowy.
– Natychmiast przestańcie! Wy się bijecie, a ja obrywam! – Zawołałam starając się dosięgnąć Piastoludki i postawić je na ziemi.
Nie był to zbyt mądry pomysł, bo Maurek dorwał się do kostki brukowej, jakiej pełno na rynku i starając się wyciągnąć ją z ulicy zamierzył się na Młynka. Młynek sprawnym unikiem czmychnął w prawo i pociągnął mnie za płaszcz wołając:
– Idzie, idzie na Młynarską, a ten złośliwiec niech rzuca kamieniami. Sporo czasu minie zanim domyśli się, że nas nie ma.
Gdy mijaliśmy kamieniczki w sukiennicach wskazał kijkiem na jedną z nich, której okna były całkowicie zamurowane.
– Widzi te dziwy?
– Widzi – odparłam – Dlaczego to tak wygląda, jak wygląda?Niewielka kamieniczka była chyba najdziwniejszą ze wszystkich stojących na rynku. Ktokolwiek ją budował, niewiele wiedział o równych odległościach okien od siebie, ani też pewnie nie słyszał o szkle, bo dwa z czterech istniejących okien były pociągnięte czarną farbą na której próbowano wymalować szyby.
– Pewnie nie słyszała historii, która tu się wydarzyła? – Spytał Młynek – Nietrudno się tego domyślić po jej zdziwionej minie! Jest to opowieść o gadatliwych przekupkach z Młynarskiej.

„Działo się to dawno temu. Zanim w tej małej kamieniczce zamurowano okna wyglądała ona tak samo, jak inne domy w sukiennicach brzeskiego ratusza. Wtedy jeszcze w tej małej kamieniczce wszystkie okna były szklane. Wokół ratusza porozstawiane były stragany, a przekupki wesoło nawoływały do kupna swojego towaru. W kamieniczce mieszkał stróż nocny imieniem Johan. Był on już starym człowiekiem, a ponieważ całe życie spędził sam stał się bardzo zgryźliwy i złośliwy. Najbardziej na świecie nie lubił, gdy rankiem pod jego oknami rozkładał swoje kramy przekupki, które z okolicznych wsi przywoziły do miasta jaja, warzywa i owoce. Kobiety te poubierane w szerokie spódnice, fartuchy i czepce na głowach już od wczesnego poranka nawoływały ludzi do swoich straganów i zachęcały ich gromkim głosem do zakupów:
-Chodźcie, chodźcie do nas mili ludkowie, zobaczcie jakie dorodne ziemniaki, buraki, jaja prosto od kury!
– Dzisiaj zebrane, dzisiaj przywiezione do was, zapraszamy, zapraszamy! – Wołała druga.
-Jabłka czerwone, śliwy żółte, a grusze zielone, pachnące! Chodźcie, chodźcie do nas zaglądajcie, a talary zostawiajcie – Przekrzykiwały się nawzajem.
Głośniej, donośniej, która lepsza – ta więcej sprzeda.
I tak codziennie, od wczesnego poranka po późne popołudnie, bo potem ich daleka droga do domów na wsiach czekała.
Tymczasem Johan pełnił nocą straż na ulicach miasta. Pilnował, czy gdzie się ogień nie zaprószy, czy gdzie wichura dachu nie zerwała. Nad ranem zaś dopiero mógł się do łóżka położyć. I wtedy właśnie, gdy tylko oko jedno zdążył przymknąć, zaczęły mu przekupki pod oknami krzyczeć. Zerwał się więc, okiennice otworzył i zawołał:
– Baby, czy możecie się tam na dole uspokoić i nie jazgotać!
– A nie możemy, bo to nasza praca!
Rozzłościł się Johan bardzo, na twarzy zrobił się czerwony jak burak i myśleć zaczął, jakiego by tu psikusa przekupkom poczynić. Po chwili już wiedział, co zrobić. Wychylił głowę przez okno jeszcze bardziej i na baby zawołał:
– Wiecie co, może by tak na zgodę co dobrego uczynić? Kupię ja od was jaja na śniadanie. Opuszczę zaraz koszyczek na sznurku, talary do niego położę, a wy mi jaj świeżych do środka położycie.
Ucieszyły się przekupki, bo jeszcze dzisiaj nic nie sprzedały. Zaraz też jedna z nich podeszła pod okna, żeby jajek do koszyczka nałożyć. Tymczasem Johan wziął do ręki swój nocnik spod łóżka i całą jego zawartość wylał prosto na głowę stojącej pod nim przekupki. Na ten widok inne baby chwyciły jaja leżące na straganie i zaczęły w Johana rzucać. Szybko przybiegła straż miejska i wszystkich winnych przed sąd doprowadziła. A tam, po wyjaśnieniach, sędzia głową pokiwał, popatrzył na przekupki i Johana z ukosa i powiedział:
– Za karę u ciebie, Johan, okna wychodzące na rynek i stragany zamurujesz, żeby przekupek nie słyszeć. A wasze podobizny – Tu popatrzył na zgromadzone baby srogim wzrokiem – zostaną na gzymsie kamienicy uwiecznione, tak aby wszystkim przypominać, że nie wolno innym ludziom we śnie przeszkadzać.
I tak się stało. Od tego czasu okna w kamieniczce na rynku są zamurowane, a głowy przekupek spoglądają na przechodniów na ulicy Młynarskiej.”

– A twoim zadaniem jest…? – Spytałam, domyślając się, że Młynek pełni tu jakąś ważną funkcję.
– Ja czyszczę szybki w tej kamieniczce!
Uśmiechnęłam się drwiąco.
– Przecież tu nie ma szybek, okna są zamurowane!
– Nadal nic nie rozumie! – Młynek zirytował się – Tak jak zamkowe psisko je, tak samo dla mnie w oknach są szyby. No i jeszcze codziennie muszę biec na Młynarską, żeby wypolerować główki przekupek na kamieniczce numer osiem. Dlatego Młynarska ważniejsza niż Garbarska!
– A nieprawda! – Rozległ się za nami głosik w którym rozpoznałam Maurka. Musiał on już od dłuższego czasu stać za nami i podsłuchiwać, bo minę miał nie bardzo zadowoloną.
– Opowiem i ja moją historię. Jestem Maurek, a to dlatego, że sprawuję opiekę nad kamienną głową Maura wmurowaną obok wejścia do dawnej, książęcej mennicy. To rzeźba starsza niż twoje przekupki i bardziej tajemnicza – zwrócił się do Młynka – Nikt tak naprawdę nie wie, kogo przedstawia. Dlatego Garbarska ważniejsza niż Młynarska!
Na te słowa Piastoludki znowu skoczyły sobie do bród i zaczęły okładać się kijkami wołając na przemian:
– Młynarska!
– Nie, Garbarska!
– Młynarska!
– Garbarska!
– Przestańcie na chwilę! – krzyknęłam – Nie można tak przez dwieście lat! Czas skończyć te spory. Może dla odmiany pokażecie mi, gdzie mieszkacie?
– Idzie za mną! – powiedział Młynek i ruszył w kierunku małej, niebieskiej kamieniczki nie wypuszczając jednak z ręki brody Maurka – Ja mieszkam tu razem z Kaszanym Dziadkiem.
– Kaszany Dziadek? – spytałam – A to kto znowu? To nazwisko czy przezwisko?
Tym razem Maurek i Młynek spojrzeli na mnie z jednakowym oburzeniem. Kłótnie na chwilę ustały.
– Oczywiście! Nie zna, nie słyszała, nie wie! – Zawołali.
– Opowiem – Młynek rozpoczął historię:

„To wydarzyło się właśnie w tej kamieniczce obok której teraz stoimy. Mówi się, że mieszkał w niej niejaki Klebert. Czy to prawdziwe nazwisko, czy tylko tak go nazwano – kto to wie? Klebert był już bardzo starym człowiekiem. Nie miał przyjaciół ani znajomych, dzieci się go bały, gdy tylko pokazał się na ulicy. Jednak stary Klebert nie przejmował się tym. Codziennie siadywał na ławeczce przed swoim domem i oddawał się swojemu ulubionemu zajęciu. Wyciągał z kieszeni woreczek z kaszą i karmił gołębie. Ptaki już dawno przyzwyczaiły się do swojego dziadka zlatując do niego, gdy tylko się pojawił na ławeczce. I tak obraz starego Kleberta otoczonego stadem gołębi stał się zwyczajnym widokiem na brzeskim rynku. Wkrótce też zapomniano, jak naprawdę miał na nazwisko i przezwano go Kaszanym Dziadkiem.
Pewnego razu mieszkańcy Brzegu zauważyli, że Kaszany Dziadek nie siedzi jak zwykle na swoim ulubionym miejscu. Zdziwione gołębie tkwiły na okolicznych dachach czekając, aż się pojawi, jednak nikogo nie było aż do wieczora. Tak samo następnego dnia, tygodnia… Aż w końcu pewien ciekawski chłopczyk postanowił zapukać do drzwi kamienicy i o Dziadka zapytać. Otworzyła mu służąca, a gdy dowiedziała się po co przyszedł, wpuściła do środka i zaprowadziła do izby, gdzie w wielkim łóżku pod ciepłą pierzyną leżał Kaszany Dziadek.
Chłopak nieśmiało podszedł do staruszka, a ten odezwał się w te słowa:
– Nie znam cię, młody przyjacielu. Po co przyszedłeś?
Chłopak popatrzył i odpowiedział:
– Wszyscy przyzwyczailiśmy się do ciebie, jak siedzisz na ławeczce i karmisz gołębie. Teraz nam tego widoku brakuje, a i gołębie chodzą po rynku ze smętnie zwieszonymi łebkami. Co to się stało takiego dziadku, że na ławeczce nie siedzisz i gołębi kaszą nie karmisz?
Zdziwił się bardzo dziadek. Był bowiem przekonany, że nikt go w mieście nie lubił i każdy by jeszcze chętniej kamieniem za nim rzucił niż o zdrowie pytał.
– Stary już jestem i schorowany – odparł – więc na ławeczce już siedział nie będę. Tu, w mojej izbie moich dni doczekam, a potem zapomnicie o mnie.
– A na ławeczce na rynku kto będzie siedział i gołębie karmił kaszą?
– To już nie ja – odpowiedział dziadek – ale ty mnie zastąpisz. Idź, tam koło pieca leży woreczek z kaszą, weź go i idź nakarmić gołębie. A ja przez okno zobaczę, jak się w tej roli spełniłeś.
Chłopak głową pokiwał, wziął woreczek z kaszą i na ławeczce usiadł. Od tego czasu już codziennie karmił gołębie na brzeskim rynku, a jak staruszek umarł, przeprowadził się do jego kamienicy i sam po niedługim czasie mówił o sobie, że jest Kaszanym Dziadkiem. I tak to przez długie lata bywało. A i dzisiaj, przy słonecznej pogodzie można zobaczyć dziadka siedzącego na ławeczce i karmiącego gołębie. Nie wierzycie? Sami sprawdźcie!”

– No i u tego Dziadka ja za piecem mieszkam – dokończył Młynek.
– I jesz kaszę – wtrącił Maurek – Niedogotowaną, starą i bez okrasy!
– A ciebie Kizia szyszkami karmi! – Nie pozostał mu dłużny Młynek.
– Ale za to zawsze świeżo z lasu przywiezione!
– Jakbyś taki był tym daniem zachwycony, to byś kotom karmy nie wykradał, jak Kizia z domu wychodzi!
– Uspokójcie się – Zawołałam, widząc, że znowu się za czupryny biorą – Kto to jest Kizia?
– Widzisz, wielu z nas jest zaprzyjaźnionych z ludźmi, którym pomagamy. Mieszkamy u nich, najczęściej za piecem, bo tam ciepło, oni nas karmią, a my za to pilnujemy ich domów. Kizia to mój człowiek – powiedział Maurek – Mieszka tu niedaleko.
– I karmi cię szyszkami? – Zrobiłam wielkie oczy ze zdziwienia.
– Nieprawda! – Maurek zaprzeczył – To złośliwa plotka wymyślona przez Młynka!
– Karmi, karmi – od razu zawołał Młynek – Sam widziałem. Cały garnek szyszek stał na piecu, a Kizia stała i je gotowała. Dla ciebie!
– Ja ci pokażę, gdzie raki zimują! – Młynek zamachnął się kijkiem. Na te słowa Maurek szybko zaczął uciekać w kierunku zamku.
– Zaczekajcie na mnie! – Zdążyłam jedynie zawołać, ale ich już nie było.

cdn…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.