Spacerkiem po mieście z ojcem

Dziś pora na drugi rozdział nostalgicznych i ironicznych wspomnień z dzieciństwa pt. „Stary chłopak spogląda wstecz”. Przypomnijmy: ich autor, Hans W. Dietrich, rocznik 1910, wyuczył się w Brzegu rzemiosła ciesielskiego, kontynuował naukę w Wyższej Szkole Technicznej we Wrocławiu, a następnie studiował architekturę na Akademii Sztuk Pięknych w Dreźnie. Po wojnie pracował jako architekt w Münster.

Moi rodzice stale dbali o to, żeby zapoznać swe dzieci z miastem, jego okolicami i historią. Tak więc pewnego dnia moja matka odświętnie mnie ubrała, starannie uczesała i zapowiedziała ojcu i synowi: „a więc punktualnie o pierwszej”! Nie miałem oczywiście nic przeciw towarzystwu ojca, wprost przeciwnie – z pewnością usłyszę wiele interesujących rzeczy. Byłem również przekonany, że podczas takiego spaceru nie będę na przykład pytany, ile jest siedem razy osiem.
Ruszyliśmy więc razem ulicą Oławską w stronę placu Bramy Wrocławskiej i, skręciwszy zaraz za starą cukrownią w promenadę odrzańską, znaleźliśmy się nad Odrą i przed Bramą Odrzańską. Brama została tu przeniesiona ze swego starego miejsca, o którym przypominał jeszcze stary Nepomuk, i wkomponowana w parkowy krajobraz promenady odrzańskiej. Autor ma na myśli figurę św. Jana Nepomucena, ustawioną w 1729 r. nieopodal Bramy Odrzańskiej, w 1845 r. przeniesioną na nowe miejsce po prawej stronie wjazdu na most odrzański z 1844 r. Ponieważ most z 1895 r. znajdował się nieco dalej w dół rzeki, figura świętego znajdowała się w pewnym oddaleniu od tego ostatniego i stała tam do 1945 r. Sama zaś Brama Odrzańska stała pierwotnie mniej więcej w miejscu dzisiejszego skweru z kamieniem pamiątkowym. Otwór bramny był zamurowany, a za budowlą usypano pagórek sięgający balustrady. Szybko weszliśmy na górę, gdzie przed nami rozciągał się wspaniały widok na przepływającą nieopodal Odrę – po prawej stronie mieliśmy most odrzański, a naprzeciw plac Drzewny, na którym oczyma wyobraźni widziałem kolorowy świat cyrku „Sarasani” – wielki namiot był już ustawiony. Widziałem też niezliczone koniki, które co ćwierć roku gromadziły się tam podczas tradycyjnych targów końskich. Po lewej stronie, wśród wierzbiny, dołem płynęła Odra w stronę Lipek, a kamienne ostrogi brzegowe po obu stronach tkwiły w niej niczym palce. Pagórek porastały wspaniałe, stare drzewa, przez które przenikały promienie porannego słońca, rzucając cień na kolisty kwietnik przed bramą. Pragnąc stanąć dziesięć metrów nad lustrem Odry, wdrapałem się na kamienną balustradę i poczułem, jak pędy bluszczu dotykają moich nóg – byłem całkiem wolny i szczęśliwy i wcale nie docierała do mnie opowieść ojca: brama pochodziła z okresu renesansu i musiała być bardzo stara, z pewnością przechodzili i przejeżdżali nią podążający do miasta rycerze, kmiecie i kupcy. Ojciec wspominał też, że pod nami wyzierają z muru wykuci z kamienia dwaj rycerscy giermkowie. Opuściliśmy zatem zaraz punkt widokowy, szybko zbiegliśmy z pagórka i stanęliśmy raz jeszcze przed bramą: rzeczywiście, spośród bluszczu wyzierali dwaj giermkowie, jak gdyby strzegąc bramy. I taki był chyba zamysł architekta – w swych szlafmycach sprawiali iście srogie wrażenie, mające odstraszyć nieproszonych gości (kamienne popiersia wojowników pobudzały fantazję, co było powodem powstania licznych legend, wojownicy z brzeskiej bramy nie noszą jednak czapek, tylko tzw. szturmaki – półotwarte hełmy, bardzo rozpowszechnione pod koniec XVI i na początku XVII w.).

Brama Odrzańska i stojący przed nią policjant z szablą na rapciach – być może wspomniany poniżej komisarz Wieck. Widokówka z początku XX w.

Jeszcze raz Brama Odrzańska, tym razem spowita bluszczem. Pagórek za bramą na tej widokówce opisano jako Wzgórze Peppela, nazwa ta nie występuje jednak nigdzie indziej.

Wypielęgnowany kwietnik przed Bramą Odrzańską widziany z góry.

Spacerując dalej promenadą, doszliśmy do zamku i weszliśmy na zamkowy dziedziniec. Moje pierwsze spojrzenie nie padło jednak ani na arkady, kolumny, herby i łęki, o których opowiadał mój ojciec, tylko na małe drzwi w półokrągłym, kamiennym obramieniu w przyziemiu budowli, za którymi znajdował się skład należący do rodziny Herbstów, która prowadziła handel owocami. Już wiele razy mogłem się przekonać o dobrym sercu obu córek Herbstów: gdy stałem pod tymi drzwiami z wyrazem oczekiwania i prośby, wspomniane damy szybko odgadywały moje życzenie i obdarowywały mnie kilkoma gruszkami czy jabłkami. Teraz jednak znów wciągała mnie opowieść ojca – słyszałem kruszenie kopii, rżenie koni i fanfary i widziałem wysadzanych z siodeł szlachetnych rycerzy i „kochaną Dorotkę” (księżnę Dorotę Sybillę), jak z nieśmiałym spojrzeniem rzuca pąsową róże pod nogi zwycięzcy turnieju. Cudownie! Zdobycie względów pięknej damy musiało być w dawnych czasach niezwykle trudne i męczące.

Zamkowy dziedziniec na dawnej widokówce – po lewej stronie widoczny jest mały portal i umieszczony nad nim napis „Museum”. Muzeum miejskie urządzono w skrzydle odrzańskim zamku dopiero w 1930 r. Wcześniej przypuszczalnie właśnie za tym portalem mieścił się skład owoców Herbstów.

Po przejściu pod kolebkowym sklepieniem niezwykle szerokiej zamkowej bramy znaleźliśmy się przed wspaniałą fasadą budynku bramnego, pokrytą kunsztownymi rzeźbami z piaskowca. Na pierwszym piętrze znajdowały się trzy otwory okienne, za którymi mogła się znajdować jakaś sala balowa. Nad nimi, na drugim piętrze znajdowały się również trzy otwory okienne, tylko mniejsze. W przyziemiu znajdowały się dwa otwory bramne – szeroki i wąski, pierwszy z pewnością dla jeźdźców i wozów, drugi dla pieszych. Takie rozwiązanie uważałem za bardzo praktyczne i cieszyło mnie, że już wówczas dbano o porządek. Przez moment żałowałem, że obok mnie stał ojciec, gdyż najchętniej wbiegłbym jeszcze raz pod sklepienie i głośno zawył, by nacieszyć się dudniącym echem. Musiałem się jednak opanować i dobrze zachowywać.

Najbardziej wyrazistymi elementami fasady były wyrzeźbione w naturalnej wielkości posągi księcia Jerzego i jego małżonki, „kochanej Dorotki” (autor myli się, małżonką Jerzego II była Barbara brandenburska, zaś „kochana Dorotka”, czyli księżna Dorota Sybilla, również brandenburska, była małżonką księcia Jana Chrystiana). Książę musiał mieć cudowne nogi, zaś „Dorotka” wyglądała niezwykle uroczyście i musiała być niezwykle piękna. Nad nimi – tak to sobie wówczas wyobrażałem – znajdowała się ich cała, liczna rodzina, również wykuta z piaskowca, ale nie w całości, tylko do połowy, jak gdyby wszyscy wyglądali właśnie przez okna. Mnie zadowalało jednak i to połowiczne wyobrażenie, bo najważniejsi byli dla mnie książę i księżna.

Obok zamku stał kościół św. Jadwigi, a w nim, w kunsztownych sarkofagach spoczywała szlachta (po renowacji kościoła w latach 1906 – 1908 i powtórnym otwarciu krypty książęcej sarkofagi przeniesiono do kościoła).

Sarkofagi ustawione we wnętrzu kościoła św. Jadwigi.

Tylko raz dane mi było zajrzeć do wnętrza kościoła, które sprawiało niezwykle uroczyste wrażenie. Na zewnątrz, między dwoma filarami, znajdowała się mała rzeźba przedstawiająca św. Jadwigę. Część kościółka zasłaniała od strony przeciwległej zamkowi niezbyt piękna przybudówka, w której znajdował się katolicki urząd parafialny. Przybudówka ta skalowała niejako poprzez swe znikome wymiary cały kompleks zamku i kościoła, a porastające ją dzikie wino nie raz obdarowywało mnie orzeźwiającymi gronami. Pod kątem prostym do opisanego wyżej kompleksu stały dwa dobre budynki mieszkalne, tzw. domki rycerskie, w których w książęcych czasach zapewne mieszkali dworzanie (w rzeczywistości zabudowę placu Kolegiackiego (dziś Moniuszki), a także wspomniane dobudówki stanowiły kanonie – mieszkania kanoników kolegiaty św. Jadwigi, później wielokrotnie przebudowywane i przeznaczone na mieszkania dla sług kościelnych, nauczycieli gimnazjum itp.). Dzięki swym świeżym barwom budynki te promieniowały swoistą pogodą.

Kościół św. Jadwigi i porośnięta dzikim winem dobudówka – na szyldzie nad drzwiami można odczytać napis „Kathol. Pfarramt” (Urząd Parafii Katolickiej), oraz tzw. Domki Rycerskie – wzniesione w miejscu dawnych kanonii z gruzów zniszczonej w 1741 r. kolegiaty św. Jadwigi. Stan przed renowacją kościoła w latach 1906 – 1908 r.

Widok na plac Zamkowy, Domki Rycerskie, kościół św. Jadwigi i budynek bramny zamku na stylowej pocztówce z epoki. Postaci przechodniów chyba doklejono. Stan po renowacji kościoła w latach 1906 – 1908 r.

W miejscu, do którego zaprowadziła nas nasza wędrówka, wszystko się jakby spiętrzało i kotłowało i trudno to było ogarnąć. Kościół katolicki (tj. św. Krzyża), do którego właśnie weszliśmy i którego barokowy przepych zupełnie mnie przytłoczył, sprawiał na mnie niezwykłe wrażenie – do moich nozdrzy docierał tajemniczy zapach kadzidła. Nie przyznałem się oczywiście ojcu do tego, że już częściej wsuwałem głowę przez okna podziemi kościoła i dobrze wiedziałem, że stoją tam trumny zmarłych zakonników (w krypcie znajdują się trumny jezuitów i związanych z nimi ludzi), co jawiło mi się niezwykle interesujące, ale przyprawiało mnie też o dreszcz grozy.

Wnętrze kościoła św. Krzyża na dawnej widokówce.

Doskonale znałem również okolice leżącego za kościołem Wróblego Wzgórza i koszar Ungeratha (mylnie określony przez autora jako koszary Dwór Ungeratha to dawna rezydencja jezuitów, obecnie dom parafialny; wspomniany Ungerath to jeden z  jego kolejnych właścicieli).

Ulica Pańska (dziś na tym odcinku Górna) na przedwojennej fotografii. W głębi Dwór Ungeratha.

Dwór Ungeratha w zimowej szacie.

Po opuszczeniu kościoła podeszliśmy po nieskazitelnie ułożonym granitowym bruku ku kolumnie Trójcy Św. – ileż życia i ruchu wykuto tu z piaskowca. Przed nami piętrzyła się teraz potężna bryła gimnazjum. Wprawdzie miałem przyjemność uczęszczać do wielu brzeskich instytutów, w których zajmowano się moją edukacją, to jednak nie do gimnazjum, choć miałem wielu przyjaciół, którym wpajano tam różne mądrości. Dopiero wiele, wiele lat później dowiedziałem się, że nie było to zwyczajne gimnazjum, tylko „Gymnasium Illustre”.

Brzeskie gimnazjum na przedwojennej widokówce.

Naszym oczom ukazał się teraz plac Kolegiacki (lub Kanonia, obecnie pl. Moniuszki).

Ten sam widok z nieco innej perspektywy – charakterystyczny, trójkątny Plac Kolegiacki w całej okazałości.

Znajdujące się tam kamienice sprawiały wrażenie bardzo solidnych, dawniej mieszkały w nich rodziny będące na służbie miasta lub powiązane z książęcym dworem (to przypuszczenie autora nie odpowiada rzeczywistości – Kanonia była związana z kolegiatą św. Jadwigi, mieszkali tam kanonicy i sługi kościelne, a potem profesorowie gimnazjum, formalnoprawnie Kanonia nie należała wcale do miasta). Kto miał szczęście tam mieszkać, nie miał powodów do trosk.

Na tym placu zaczynała się ulica Kołodziejska (Chopina). Z bramy wychodził właśnie Emil Gerlach – mistrz kowalski i druh ojca z towarzystwa gimnastycznego. Ten bardzo uprzejmy człowiek musiał już jednak dawno zarzucić ćwiczenia gimnastyczne, gdyż odznaczał się niezwykle pokaźną tuszą.

Sekcja starszych panów brzeskiego Towarzystwa Gimnastycznego na zdjęciu z początku XX w.

Równie niezwyłe było jednak i jego poczucie humoru – do takich ludzi nabierałem szybko zaufania. Na pytanie, jak czuje się mama, odpowiedziałem uspokajająco, że czuje się bardzo dobrze i pewnie robi teraz kluski. Gerlach parsknął śmiechem i obaj panowie pożegnali się ze sobą. Gdy przeszliśmy spory kawałek, mniej więcej do pięknej kamieniczki mistrza piekarskiego Burkerta, mogłem się naocznie przekonać, że różni ludzie mają jednak i różne charaktery: oto bowiem powoli zbliżał się do nas komisarz policji Wieck – w błękitnym mundurze, sztywny, typowo pruski i z szablą na długich rapciach. Gdy ojciec, który go dobrze znał, pozdrowił go wylewnie per „sługa uniżony”, komisarz Wieck warknął tylko, wyzierając ze swej niezwykle wysokiej stójki, „dobry”, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi, a ojciec nie był zbyt wysoki i tylko z trudem mogłem się za nim schować. Wieck był zaś bardzo wysoki, co jeszcze bardziej osłabiło moją pozycję wobec władzy, która wydawała mi się lodowata i nieprzystępna i pewnie tak chciała i miała być postrzegana. Dlatego też, gdy to spotkanie w końcu minęło, odczułem wyraźną ulgę.

Wzniesioną w 1503 r. dwuszczytową kamieniczkę zakupił w 1891 r. mistrz piekarski Wilhelm Burkert i otwarł w niej piekarnię, którą przejął jego syn, również Wilhelm. Od tego czasu kamienica była znana jako kamienica Burkerta. W 1909 otwarto filię piekarni przy ul. Moltkego (Wolności).

Przy okazji kolejnego remontu, być może w 1909 r., na kamieniczce umieszczono kartusze z datami remontów. Przedstawione na tychże kartuszach precle jeszcze dziś przypominają o tym, że była tu kiedyś piekarnia.

Filia piekarni Burkerta przy ul. Moltkego (Wolności).

Gdy doszliśmy do końca ulicy Kołodziejskiej, rozpostarł się przed nami rynek, a na nim ujrzeliśmy w pełnej krasie wspaniały ratusz. Choć nie widziałem wówczas żadnego innego ratusza, to już jako dziecko byłem przekonany o wyjątkowości naszego ratusza, który znalazł poczesne miejsce w moim sercu i wciąż je tam posiada.

Ratusz, wraz z kilkoma dobudowanymi kamienicami, leżał na środku starannie wybrukowanego placu, czyli rynku – jak zawsze nazywano go na Śląsku. Dzięki temu budowlę ratusza, flankowaną dwoma spiczastymi, krytymi miedzią narożnymi wieżami, można było podziwiać z odpowiedniej odległości i perspektywy. Szpiczaste, miedziane hełmy wież z czasem pokryła jasnozielona patyna, nadając im tym samym pewną nutę świeżości i pogody. Narożne wieże spinał krużganek z altaną (loggią), a nad nimi piętrzył się ogromny, dwuspadowy dach z trzema renesansowymi szczytami. Nad dachem piął się w górę, wieńcząc całą kompozycję, również zielonkawy hełm głównej wieży. Architektowi udało się tu stworzyć prawdziwe arcydzieło. Altanę zdobiły kwiaty oraz zielone pnącza i  powojnik, oplatając korpusy wież i kolumny. Za balustradą altany widoczny był półokrągły łęk najwidoczniej zbyt niskich drzwi – nie mogłem uwierzyć, że w tak imponującej budowli dopuszczono się aż tak rażącego błędu. Dziś potrafię to sobie wytłumaczyć – za tymi drzwiami znajdował się urząd stanu cywilnego i gdy pewnego szczęśliwego dnia wchodziłem do środka wraz z moją narzeczoną, oboje musieliśmy się pochylić, by nie nabić sobie guzów. Za drzwiami odbył się akt zaślubin i gdy oboje wychodziliśmy, powtórnie musieliśmy się pochylić. Myślę, że budowniczy był bardzo mądrym człowiekiem – w życiu we dwoje jedno z małżonków nie raz musi się pochylić przed drugim i jak dotąd zawsze wszystko się dobrze kończyło.

Przed ratuszem stał odlany z brązu „Stary Fryc” (mowa o pomniku Fryderyka Wielkiego), wskazując szpadą w kierunku Małujowic, gdzie osiągnął znaczące zwycięstwo nad wojskami Marii Teresy.

Pomnik Fryderyka Wielkiego na dawnej widokówce. Warto zwrócić uwagę na zegar słoneczny na północnej wieżyczce ratusza.

Powiększony fragment z powyższej widokówki – nad renesansowym portalem widoczny jest napis „Magistrat und Standesamt” – Magistrat i Urząd Stanu Cywilnego.

Dla młodego i niecierpliwego człowieka, jakim był wówczas Fryderyk, z pewnością był to prawdziwy tryumpf, lecz byłoby znacznie lepiej, gdyby – miast zmuszać Marię Teresę do odwrotu, po prostu się z nią ożenił. Gdyby oboje weszli niskimi drzwiami do brzeskiego urzędu stanu cywilnego, europejska historia potoczyłaby się z pewnością bardziej pokojowo.

Z altany ratusza wygłaszano często porywające przemówienia i przy takich uroczystościach zajmowałem zwykle swe stałe miejsce – ojciec brał mnie wtedy po prostu „na barana”. Zebrani w rynku ludzie słuchali z uwagą. Jednym razem przemawiał jakiś wysoki oficer z błyszczącym szpicem na hełmie i jego słowa dudniły „ratatata”, po czym wszyscy podążyli do domów z błyskiem w oku. Innym razem przemawiał prosty człowiek, nie wzbudzając przy tym entuzjazmu, i przygnębieni słuchacze rozchodzili się chyłkiem. Niekiedy z altany rozbrzmiewały fanfary i kotły, kiedy indziej wszystko odbywało się cicho.

Kilka kroków dalej była apteka „Pod Murzynkiem” – wspaniała, barokowa budowla, która spośród wielu innych kamienic wyróżniała się wspartym na kolumnach balkonem z kunsztowną, kutą żelazną balustradą. Tam na górze, jak się właśnie dowiadywałem, podziwiając kolumny, pilastry i kapitele, „Stary Fryc” pokazywał brzeżanom, jak się je ziemniaki i co jest z nich jadalne, a co nie. Na dźwięk słowa „ziemniaki” od razu pomyślałem o przyrządzanej przez matkę sałatce ziemniaczanej i smażonych ziemniakach i od tego momentu byłem niezwykle wdzięczny „Staremu Frycowi”, który zrobił tak wiele dla Europy i dla mnie, gdyż nie mogłem sobie wyobrazić życia bez ziemniaków. „Stary Fryc” jawił mi się więc jako szczególnie dobry człowiek, choć miał z pewnością, jak wszyscy królowie i cesarze, i swoje wady.

Brzeski rynek na przedwojennej widokówce. W głębi apteka „Pod Murzynkiem”, czyli dawna komendantura.

Na tej pierzei rynku znajdowały się jeszcze inne wspaniałe kamienice, jak kamienice Heima czy Süssa, które również podziwialiśmy.

Północna pierzeja brzeskiego rynku na przedwojennej widokówce. W przyziemiu kamieniczek obok apteki znajdował się sklep Adolfa Heima. W głębi widoczny jest hotel „Pod Złotym Barankiem”.

Kamienica Süssa, w przyziemiu znajdował się znany sklep papierniczy i księgarnia. Wcześniej Mała Apteka Miejska, apteka „Pod Lwami” lub kamienica Halena. Nadworny aptekarz księcia Jana Chrystiana, Gerhard von Halen, zakupił kamieniczkę w 1616 r. i odbudował ją po pożarze w 1619 r. Apteka znajdowała się tu do 1811 r., kiedy to jej ówczesny właściciel, aptekarz Karol Teodor Ludwig (rajca i późniejszy burmistrz) przeniósł ją do zakupionej rok wcześniej komendantury, nazywając apteką „Pod Murzynkiem”.

Na tej pierzei rynku znajdowały się jeszcze inne wspaniałe kamienice, jak kamienice Heima czy Süssa, które również podziwialiśmy. W końcu stanęliśmy przed Czarną Kamienicą i w moich uszach zaczęła rozbrzmiewać opowieść o „zuchwałej dziewce”, która miała się na tyle ważyć (w rzeczywistości autor i jego ojciec stanęli przed kamienicą, którą ok. 1900 r. wzniesiono w miejscu Czarnej Kamienicy).

Czarna Kamienica na dawnej widokówce z ilustracją najbardziej znanej brzeskiej legendy.

Wschodnia pierzeja brzeskiego rynku na widokówce z pierwszej dekady XX w. Około 1900 r. na miejscu Czarnej Kamienicy pojawiła się nowa, czteropiętrowa kamienica.

Ojciec zapropował, że następnym razem możemy pójść na ulicę Rybacką i wtedy pokaże mi miejsce, z którego „zuchwała dziewka” zabrała katowskie rękawice – tam stała szubienica (brzeska szubienica miejska, zwana Wysoką Sprawiedliwością lub Trójnogiem, znajdowała się na błoniu zwanym Szubienicznym, w okolicach dzisiejszej ulicy Kombatantów). Ojcowska propozycja wcale mi się jednak nie spodobała i zdecydowanie ją odrzuciłem, ostentancyjnie „dyskretnie” chwytając się przy tym za gardło.

Gdy byliśmy na ulicy Opolskiej (Reja), mniej więcej w miejscu redakcji „Brieger Zeitung” (Gazety Brzeskiej), ojciec zszedł ze mną z trotuaru i pokazał mi miejsce na środku ulicy, gdzie w bruku ułożono trójkątny kamień – w tym miejscu pewnego dnia wiatr zerwał wielkiemu królowi, który przejeżdżał właśnie konno przez miasto, trójrożny kapelusz z głowy. Na pamiątkę tego wydarzenia w bruku ułożono ten właśnie trójkątny kamień. Moim zdaniem należało po prostu podnieść kapelusz i podać go królowi – w takich rzeczach byłem dobrze wychowany przez matkę.

Kamienica, w której mieściła się redakcja „Brieger Zeitung” – Gazety Brzeskiej.

Kapelusz „Starego Fryca”.

Z ulicy Opolskiej skręciliśmy na lewo i znaleźliśmy się w przypuszczalnie najstarszej dzielnicy miasta, nad którą królowały wieża i dach klasztoru franciszkanów (należałoby raczej mówić tylko o kościele, choć sąsiadujące z nim kamienice kryją w sobie relikty dawnego klasztoru). Ta zwalista budowla służyła przez wieki różnym celom. Ileż generacji brzeżan przechodziło pod jej murami? Jak często były te mury świadkiem biedy i cierpień ludności? Życie nigdy nie było proste i wolne od trosk. Przyjemności są rzadkością i trzeba być wdzięcznym, gdy od czasu do czasu na twarzy zagości uśmiech zadowolenia.

Kościół minorytów – szkic (akwarela?) sporządzony przez autora wspomnień.

Tymczasem nasz spacer trwał już ze dwie godziny i zacząłem powoli odczuwać głód. Ojciec, który był dobrym piechurem, chciał ze mną jeszcze wyskoczyć na chwilę do parku miejskiego (tj. parku Peppela), by przeprowadzić tam wspólnie kilka ćwiczeń oddechowych w szkółce leśnej. Ponieważ mój głód stale narastał, tym razem ostro zaprotestowałem. Wypady do parku robiliśmy jednak częściej, dbając w ten sposób o kondycję. Ojciec opowiadał mi wtedy o zmarłym burmistrzu Peppelu i jego osiągnięciach. To z jego inicjatywy powstał ten wyjątkowy park, rozbudowano promenady, założono nowoczesną kanalizację, wodociąg gierszowicki i położono znakomity brzeski bruk. Ten burmistrz musiał być nadzwyczajny i jeszcze dziś podziwiam jego dalekowzroczność.

Tym razem nie poszliśmy jednak do parku i zaproponowałem, by w zamian zahaczyć jeszcze o kościół św. Mikołaja. I tak stanęliśmy niebawem pod potężnymi, ceglanymi murami tej wczesnogotyckiej (właściwie późnogotyckiej) budowli. W jej wnętrzu fascynowały mnie zwłaszcza wyniosłe pęki filarów, podtrzymujących imponujące, wysokie sklepienie. Odwróciwszy się przy ołtarzu, ujrzeliśmy wspaniałe, barokowe organy.

Organy Englera w kościele św. Mikołaja.

W tym czasie kościelnym chórem kierował profesor Hielscher. Kierował także szeroko znaną, także poza Brzegiem, Akademią Śpiewaczą. Profesor był niezwykle popularny i lubiany i wielu brzeżan i brzeżanek z entuzjazmem śpiewało pod jego mistrzowską batutą. Do jego wielbicielek należały też moje obie siostry, śpiewające jak słowiki. W tym kościele byli ochrzczeni wszyscy członkowie mojej rodziny i wszyscy brali tam swoje śluby.

Brzeska Akademia Śpiewacza, przy pulpicie dyrygenckim stoi profesor Paul Hielscher, od 1891 r. kantor kościoła św. Mikołaja. Zdjęcie wykonano w marcu 1913 r. w sali koncertowej hotelu i kompleksu rozrywkowego „Dom Niemiecki” przy ul. Wrocławskiej. Później w tym miejscu znajdował się sławny bar „Krakus”. Wielkim wydarzeniem w brzeskim życiu muzycznym było wystawienie Pasji według św. Mateusza Jana Sebastiana Bacha, którego popiersie widoczne jest przed pulpitem dyrygenckim. W związku z tym wydarzeniem we wspomnianej sali koncertowej ustawiono widoczne na zdjęciu organy.

 Hotel i kompleks rozrywkowy „Dom Niemiecki” przy ul. Wrocławskiej.

Teraz jednak moja potrzeba duchowej strawy była całkowicie zaspokojona i chciałem jak najszybciej wrócić do domu i do mamy. W końcu na horyzoncie pojawił się nasz dom i weszliśmy do środka. Na parterze mieszkali dziadkowie, którzy zwykli spożywać niedzielny obiad już o jedenastej, co było dla mnie nadzwyczaj korzystne. Tymczasem była już pierwsza i musiało jeszcze coś zostać z ich kompotu, o co zawsze dbała babka. Przywitałem się więc ze staruszkami i zaraz dostałem miskę budyniu, która pozwoliła mi przezwyciężyć chwilowe osłabienie i pośpieszyć do mamy, do odświętnie nakrytego stołu. A po południu byłem wolny.

Takie spacery jak ten nie były u nas rzadkością. Nigdy im się nie opierałem i do dziś jestem za nie wdzięczny moim rodzicom – w ten sposób mogłem dobrze poznać swe rodzinne miasto.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.