Ewa Fonfara: Piastoludki cz. 18

Ostatnie starcie

Podekscytowana Zuzka biegła ulicą pryskając miksturą na prawo i lewo, a my ledwo mogliśmy ją dogonić. Na starych, wyślizganych kamieniach wyraźnie widoczna zielona smuga wskazywała kierunek biegu. Z ulicy Reja skręciliśmy w starą, wąską uliczkę prowadzącą wprost pod kościół. Stare wieże dumnie wznosiły się na tym placu od stuleci, jak widać jednak dla Kiciumordki nie było żadnych przeszkód aby i tutaj naszkodzić. Gdy stanęliśmy przed starymi murami Zuzka podniosła rękę i spryskała drewniane drzwi. Wszystko w jednej chwili zazieleniło się włącznie z ogromną klamką. Ula zdziwiona popatrzyła na nas i westchnęła:
– Czy to oznacza, że Kiciumordka jest gdzieś w środku?
– Możliwe, że tylko schowała się tam na chwilę i już pobiegła dalej – wtrącił Kociołek – nie chciałbym jej spotkać brodą w mordkę!
– Jest tyle opowieści o tym, ile szkód wyrządziła, a tak naprawdę nawet nie wiemy, jak się zachować, gdyby doszło do takiego spotkania – Zuzka powiedziała to rozglądając się niepewnie dookoła.
– No dobrze, wchodzimy – powiedziałam i pchnęłam ogromne drzwi. W tym momencie usłyszeliśmy dziwny szelest dobiegający spomiędzy ławek.
– Ona jest jeszcze tutaj – szepnął Kociołek.
– No to gonimy ja, bo to znaczy że i kapelusz ma przy sobie – Ula odważnie wkroczyła pomiędzy ławki.
– Niekoniecznie – Zuzka popatrzyła na nas jednocześnie pryskając wszystko co się dało, włącznie z ławkami, rzeźbami i starą, ceglaną posadzką – mogła go gdzieś schować, a sama wyszła jeszcze coś popsuć!
– Ciiii! – powiedziałam – Słuchajcie, teraz wydaje mi się, że hałas dochodzi gdzieś z góry
– Tak! To paskudztwo wspina się na wieże! – Biegniemy za nią!
Ruszyliśmy po schodach z nadzieją, że lada moment schwytamy Kiciumordkę. Stworzenie jednak biegło coraz szybciej, a stare schodki skrzypiały niebezpiecznie pod naszymi stopami.
– Spójrzcie tutaj – Kociołek schylił się i podniósł z podłogi rudawy kłaczek – mamy niezbity dowód, że to ten wstrętny stwór!
– Szybciej! – Ula ponaglała nas do biegu, co nie było wcale łatwe, bo schodki były kręte i zmurszałe.
Nagle stanęliśmy przed małymi drzwiami. Kociołek czym prędzej pchnął je i naszym oczom ukazał się straszny widok. Na wąskim mostku łączącym dwie wieże stała Kiciumordka. Prawdopodobnie byliśmy pierwszymi w historii, którzy patrzyli na nią z tak bliska. Było to stworzenie tak ponure, że trudno opisać je słowami. Pokryte rudawym, szorstkim włosiem, które sterczało na wszystkie strony, z obwisłymi uszami, które jednak z łatwością wychwytywały najmniejszy szmerek dobiegający z mysich dziur. I wreszcie mordka. Mordka ni to kocia, ni to psia, przypominała bardziej skrzyżowanie królika z nietoperzem, widać jednak było, że jest to złośliwa i bardzo chytra bestia. Na nasz widok stanęła na tylnych łapach, przednimi zaś trzymając kamień z kapeluszem Fryderyka. Z jej gardła wydobył się zachrypnięty skrzek:
– Wypuszczę go w dół i roztrzaska się o kamienny bruk! To będzie koniec Waszych rządów w tym mieście, i tylko ja tu będę władcą. Tak jak powinno być od dawna, tak jak było mi pisane, gdyby nie wy, wstrętne Piastoludki, dobre, miłe i uprzejme, pomagające ludziom…
– Już przestań – krzyknął Kociołek – przestań nas straszyć, bo nigdy jeszcze nie wygrałaś, bo nigdy zło nie wygrywa z dobrem. Oddaj kamień i to natychmiast, a my zapomnimy o całej sprawie i wrócisz do swoich zarośli.
– Nigdy!! – Kiciumordka wychyliła się z mostku chcąc wyrzucić kamień na bruk, jednak w tym samym momencie Zuzka prysnęła jej w oczy miksturą. Kiciumordka zachwiała się i wypuściła kamienny kapelusz z łap. Tylko dzięki szybkiej reakcji Uli, która chwyciła go w locie niebezpiecznie przechylając się przez kamienną balustradę, udało się go uratować przed roztrzaskaniem w tysiące małych kawałków. Szybko chwyciłam ją za nogę i wciągnęłam z powrotem na mostek. Kamienny kapelusz Fryderyka był nasz.

Epilog

Zegar na wieży ratuszowej wybijał właśnie kwadrans na dwunastą, gdy staliśmy razem patrząc na kamienny kapelusz Fryderyka leżący spokojnie na swoim miejscu. Kociołek, Zuzka, Ula i ja. Byliśmy bardzo szczęśliwi wiedząc, że już nic nie zagraża naszemu miastu. Nie wiadomo co stało się z tym paskudnym stworzeniem, którego psoty już niejednokrotnie spędzały brzeżanom sen z oczu. Wiemy tylko, że po spryskaniu miksturą wyskoczyło z wieży i zniknęło w ciemnościach nocy. Myśleliśmy, że znajdziemy je pod wieżą, jednak Zuzka szybko wyjaśniła nam, że Kiciumordka prawdopodobnie potrafi przez pewien czas unosić się w powietrzu.
– Nie, nie są to skrzydła, raczej błona rozciągnięta pomiędzy łapami, coś podobnego do skrzydeł nietoperzy – opowiadała – to pozwala jej bezpiecznie opaść na ziemię jak na spadochronie. Czytałam o tym kiedyś w Kronice, jednak nie wierzyłam, teraz to się potwierdziło.
– Muszę uzupełnić Kronikę o ostatnie wydarzenia, aby stały się ostrzeżeniem dla innych, gdyby Kiciumordka na powrót pojawiła się w mieście.
– Na szczęście wszystko dobrze się skończyło – powiedziała Ula.
– Tak – Kociołek pociągał za brodę – Tylko włosa brak, odczuwam to bardzo dotkliwie. I niech Radziu Aptekarz nie myśli, że zapomnę!!! Jeszcze sobie porozmawiamy!!!
– Nie narzekaj, to niewielka cena – Zuzka pochyliła się i starła z kapelusza uliczny kurz – Niech leży tutaj jeszcze długie lata.
Na ratuszu zegar wybił północ, a ja poczułam nagłe szarpnięcie za ramię…
– Proszę Pani! – ktoś mocno mną potrząsał – Proszę Pani, siedzi Pani tak na tej ławce już dwie godziny zupełnie bez ruchu, czy coś się stało?
Ze zdziwieniem podniosłam oczy i zobaczyłam staruszka pochylającego się nade mną. Rozejrzałam się dookoła. Ostatnie promienie zachodzącego, jesiennego słońca jeszcze delikatnie ogrzewały mi twarz, pod nogami wiatr szeleścił w kolorowych liściach.
– Nie, dziękuje – powiedziałam zerkając na staruszka – tak tylko się zamyśliłam.
– Na pewno? – Staruszek wyglądał na zaniepokojonego moim stanem.
– Na pewno ja tylko, tylko… – uświadomiłam sobie, że cokolwiek powiem o Piastoludkach będzie brzmiało to bardzo dziwnie – tak… tak sobie odpoczywam.
Starszy Pan uśmiechnął się, pogłaskał po brodzie (tak między nami, trochę przypominał mi Brodka) i powiedział:
– Do zobaczenia na fortepianie – uśmiechnął się i ruszył ścieżką w głąb parku.
– Brodek? – Zerwałam się na równe nogi i chciałam za nim pobiec, ale bardzo szybko zniknął gdzieś pomiędzy drzewami.
Uśmiechnęłam się sama do siebie.
Tak, nigdy nie wiesz, kiedy spotkasz Piastoludka!

KONIEC

…a może początek?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.